Menu
Wstąp do związku Kim jesteśmy? Wspieraj związek Napisz do nas

Nie chcielibyśmy skończyć jak stocznia - IP na Uniwersytecie Gdańskim

  • Dział: Strategie związkowe
fot. Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej/Facebook fot. Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej/Facebook

„Strajk klasyczny – wstrzymanie się od pracy na uczelni – nie ma większego sensu. Jedyne […] co ma sens, to wykonywanie swojej pracy, ale nie w taki sposób, w jaki oczekują tego ludzie, którzy ci za to płacą” – wywiad z członkami komisji zakładowej IP w Uniwersytecie Gdańskim.

Jak i kiedy powstała Wasza komisja?

Komisja powstała w maju 2015 r. na Uniwersytecie Gdańskim. Jej członkami i założycielami są głównie pracownicy naukowo-dydaktyczni z Wydziału Nauk Społecznych. Potem to się rozszerzyło.

Jakie jeszcze grupy zawodowe zrzesza wasza komisja? Są w niej też doktoranci, profesorowie?

Zasadniczo doktorantów nie ma, a w grupie założycielskiej nie było również profesorów, natomiast potem profesorowie do nas dołączyli. Nie ma na razie członków z administracji, tak się jakoś ułożyło. To też wynika z różnych napięć na uniwersytecie między pracownikami naukowo-dydaktycznymi a administracją i nie jest takie proste do przezwyciężenia. Musimy nad tym popracować i postarać się zorientować, jak do tego wszystkiego podchodzić. Administracja pracuje cały czas na uniwersytecie, a pracownicy naukowo-dydaktyczni dużą część pracy wykonują w domu albo w podróży, co również utrudnia organizację.

A czy widzicie jakieś płaszczyzny porozumienia z doktorantami, studentami?

Z doktorantami bardzo szybko się spotkamy, będziemy się również starać nawiązać kontakt ze studentami. Doktoranci zwykle są lepiej zorganizowani niż studenci, bo oni po prostu funkcjonują na uczelni dłużej. Ale też są napięcia, takie strukturalne, między doktorantami a pracownikami, wynikające z tego, że jeżeli ktoś jest na studiach doktoranckich, to ma obowiązek wykonywania rocznie ok. 90 godzin pracy za darmo, w ramach tak zwanej praktyki dydaktycznej. Ta praktyka dydaktyczna zazwyczaj polega na tym, że człowiek przychodzi i ma uczyć. A to oznacza, że w tym zmniejszającym się ciastku ilości zajęć uczestniczy kolejna grupa, która zabiera ich część. Jest moment, kiedy mamy pracowników naukowo-dydaktycznych, którym zwiększa się obciążenie pensum [ilość godzin dydaktycznych w roku], a jednocześnie nie ma tych zajęć, bo prowadzą je doktoranci. I tu zaczynają się te napięcia.

A personel techniczny, sprzątający? Jest zatrudniany przez firmy zewnętrzne?

Tak. U nas już od dawna… ta fala liberalnych zmian przeszła i wymiotła zatrudnienie, i cały personel sprzątający jest z firm [zewnętrznych]. Ten moment straciliśmy, że tak powiem, już dawno temu.

Jakie są kluczowe problemy, które spowodowały, że założyliście związek?

Dobre pytanie. Komercjalizacja badań – to pojawiło się jakiś czas temu. To samo w sobie nie jest powodem uzwiązkowienia, ale chodzi o to, że zmieniają ci się warunki umowy o pracę, pojawiają się kolejne aneksy, które przekształcają sposób twojego funkcjonowania na uczelni. I jeżeli nie przypilnujesz tego grupowo, to w ogóle możesz znaleźć się w sytuacji, w której nie będziesz mógł wykonywać pracy, którą lubisz i cenisz, nie będziesz mógł kierować swoją aktywnością w sposób, który uważasz za słuszny, bo nagle okazuje się, że nie wolno ci upubliczniać swoich wyników tam, gdzie chcesz. Dodatkowo jest też problem z pensum. Wzrost liczby godzin dydaktycznych nie przekłada się na wzrost płac, nie ma nadgodzin, po prostu zwiększają ci pensum, czyli obowiązkową ilość godzin zajęć dydaktycznych. A zwiększone obciążenia dydaktyką oznaczają przecież mniej czasu na badania, bez których uniwersytet stałby się po prostu szkołą.

A czy po tym, jak ukonstytuowała się wasza komisja, weszliście w jakiś dialog z pracodawcą?

Dialogu na razie nie ma. Dotychczas wymieniliśmy się kilkoma pismami i mailami, co ma też swoją techniczną zaletę, bo na uczelni wiele rzeczy załatwia się w kuluarach. Polityka kampusowa czy ministerialna oznacza załatwianie spraw „po znajomości”, o pewnych rzeczach nie mówi się otwarcie. Założenie związku powoduje, że wszystko się formalizuje, co sprawia, że pewne rzeczy muszą stać się jasne i klarowne. To jest odświeżające na swój sposób.

Czy wasz pracodawca wolałby, żeby nadal wszystko było na zasadzie „pogadamy-zobaczymy? ”

Trudno powiedzieć. Nie jesteśmy jedynym związkiem [na uczelni], więc myślę, że do pewnego poziomu formalizacji wszyscy przywykli. Ale nie wiemy, jak na nas reagują. Myślę, że podstawową rzeczą, którą zwykle uniwersytet czy każda inna instytucja robi w takiej sytuacji, jest kooptacja – będą zapraszać nas w różne miejsca, aż nam zabraknie ludzi, żeby obsługiwać te wszystkie związkowe spotkania, dowiadywać się i brać udział w tych wszystkich inicjatywach. Taka, podejrzewam, będzie reakcja uniwersytetu. Na razie tej reakcji jeszcze nie ma. W pierwszym kwartale 2016 roku na uczelniach odbywają się wybory wszystkich władz – od rektorów po dyrekcje instytutów, więc omija nas zainteresowanie tych obecnie panujących.

A czy udało Wam się już jakieś postulaty wywalczyć?

Mamy listę postulatów, one są bardzo różne. Głównie dotyczą jawności informacji. W tej chwili nie wiemy nawet tak podstawowej rzeczy, jak: ile kogo jest. Czyli nie wiemy, ilu jest nas – pracowników naukowo-dydaktycznych, a ilu jest administracyjnych. Nie wiemy, jaka jest polityka, co uniwersytet planuje w najbliższych latach. Interesuje nas, jaka jest polityka zatrudniania na uczelni, bo kadra przestała się odmładzać. Jako pracownicy naukowo-dydaktyczni walczymy o czas na prowadzenie badań, bo zjadają nam go czynności administracyjne. Konkretnym postulatem w tym zakresie jest wyłączenie badaczy z konieczności uczestniczenia w procesie rekrutacji studentów, czyli przyjmowania i odsyłania dokumentów od kandydatów, bo wyklucza to nas z normalnej pracy na kilka miesięcy.

Czyli obecnie rozgrywka będzie się toczyć na poziomie uniwersytetu? Nie myśleliście o tym, żeby Wasze ewentualne postulaty z listy, o której mówisz, przedstawiać na wyższym poziomie?

Ministerstwu? Musimy przede wszystkim wiedzieć, co jest w domenie ministerstwa, a co jest w domenie pracodawcy, bo czasami te dwie perspektywy się mieszają. Ci gracze grają czasami razem ze sobą, czasami przeciwko sobie. Na poziomie ministerialnym to teraz bardziej działa Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej. Oni są teraz w takim konflikcie z ministerstwem i to w jakiś sposób jest dla nas satysfakcjonujące. U nas na wydziale też były protesty, też były przemarsze, kadra też wyszła przed budynki, były czarne flagi, działo się. Był to rzadki przypadek oporu pracowników wydziałów humanistycznych oraz nauk społecznych przeciwko ocenianiu ich pracy miarami zapożyczonymi z innej grupy nauk. To, co udaje się uruchomić dzięki takiej widoczności humanistów, to podważenie dogmatu, że społeczne otoczenie uczelni to tylko biznes, a najdoskonalszą formą produktywności naukowców – patenty. KKHP bada też relacje, przepływy i warunki, w jakich funkcjonują poszczególne uniwersytety i wydziały, bo to zwyczajnie nie jest jasne. Duża część przepływu informacji i pieniędzy polega na jakichś algorytmach, których zrozumienie i rozłożenie na części jest trudne. To jest jeszcze taki dodatkowy problem, jak wszystko dobrze zrozumiesz, ten przepływ pieniędzy, kto na tym zarabia, z perspektywy księgowości, to nagle dostrzegasz, że nie ma specjalnego powodu, dla którego wydziały miałyby się trzymać razem w formie uniwersytetu. Po prostu mogą zdarzać się wydziały, które wyliczą, że radzą sobie na tyle dobrze finansowo, że bycie częścią całości jest dla nich zasadniczo kosztem. Posiadanie takich wyliczeń zmienia relacje władzy wewnątrz uczelni. Czasami lepiej nie mieć pełnej informacji, bo wtedy czujesz, że jesteś we wspólnocie z innymi. A jak zaczynasz wszystko rozumieć, to widzisz swoją partykularny, głęboką rozbieżność interesów pracowniczych, i nagle ta wspólnota się rozpada.

Czy w związku z cięciami budżetowymi i niżem demograficznym [malejąca liczba studentów] Wasza siła przetargowa w miejscu pracy jest mniejsza niż była kiedyś?

Tak. Strajk klasyczny – wstrzymanie się od pracy na uczelni – nie ma specjalnego sensu. Jedyne, ale to też jest bardzo trudne do przeprowadzenia, ale co ma sens, to wykonywanie swojej pracy, ale nie w taki sposób, w jaki oczekują tego ludzie, którzy ci za to płacą, czyli generalnie…

Sabotaż?

W jakimś sensie sabotaż. Czyli uczyć rzeczy, których nie powinieneś uczyć. Bo samo wstrzymanie się od uczenia nic ci nie daje. Ale w ogóle sama idea wstrzymania się od pracy jest tu problematyczna. Jeżeli ja część pracy, dużą jej część, wykonuję poza miejscem zatrudnienia, bo taka jest specyfika nauk społecznych, humanistycznych, to jak ja mam się wstrzymać od pracy? Będę pił kawę i nie będę myślał? Albo przestanę pisać? Ale moment protestu i mobilizacji społecznej zwykle powoduje zwiększoną ilość napisanego tekstu i nie tylko. Kiedy dochodzi do okupacji szkół, wydziałów czy całych uniwersytetów, to w ogóle więcej się wykłada, wystawia, mówi i pisze w różnych językach, szukając obszarów porozumienia, solidarności. Spłaszczają się też hierarchie. To jest moment, który – można powiedzieć – dynamizuje nauki społeczne i humanistyczne.

A wróćmy jeszcze na chwile do uczelni: jak widzicie problem komercjalizacji uczelni?

Tutaj bardzo powierzchownie powiem, że reformuje się szkolnictwo wyższe, nie znając jego specyfiki. Wprowadza się reformy, bazując na mętnej wiedzy. Chodzi na przykład o próbę zmiany naszych umów o pracę w taki sposób, żeby umożliwiało to komercjalizację wyników naszych badań. Ten wzór był przeniesiony z badań, które kończą się patentami. A procedury patentowe są takie, że najpierw musisz zastrzec pewne rzeczy, a dopiero potem możesz je upubliczniać. Takie postępowanie nie ma specjalnego sensu w naukach społecznych i humanistycznych, bo u nas zaczyna się od upublicznienia, a dopiero potem coś się z tym dzieje. Nie możemy wstrzymać się od publikacji. Nawet nie jest tak, że nie ma co patentować, tylko wolelibyśmy nie myśleć o tym, żeby patentować pewne rzeczy, bo to degeneruje pole, którym się zajmujemy. To wymyślanie czegoś i wyłączanie tego z użytku.

Czy to powoduje, że większość wiedzy jest produkowana dla zysku?

Tak. Kiedy przychodzą reformy, to ten, kto jest silniejszy narzuca pewien schemat myślenia na temat pracy. Suma summarum, to jest jeden z największych pracodawców w regionie. Nagle to my jesteśmy stocznią gdańską. Stocznie się rozpadły, a nasz kampus nawet wygląda trochę jak stocznia. Mamy bramy: brama numer tyle, brama numer tyle. Przez sam nasz uniwersytet przetacza się trzydzieści tysięcy studentów, dokładnie nie pamiętam wyliczeń, i około dwóch tysięcy pracowników naukowych. Oprócz tego jeszcze doktoranci, którzy mają nie wiadomo, jaki status. I ci ludzie, wchodząc do naszej „korporacji”, będąc studentami, dostają dodatkowy bilet, są jakby promocyjnymi pracownikami dla przemysłu i ogólnie rzecz biorąc dla usług w całym Trójmieście, bo są tanią siłą roboczą, bo pracodawcy ponoszą mniejsze koszty ich zatrudniania. To, co się tutaj na uniwersytecie, wpływa mocno na studentów, na ich wyobraźnię, to się rozlewa po prostu na całe miasto. Jeżeli uda się naszemu związkowi coś znacząco na uczelni zmienić na lepsze, to może, zamiast mówić, że zmiana społeczna jest niemożliwa, studenci zorientują się, że wszystko jest możliwe w określonych warunkach. To wystarczy i będzie emanowało przez lata na innych ludzi, na inne ośrodki, na inne miejsca pracy, na inne zakłady pracy.

Czy macie jakiś postulat, który miałby iść w kontrze do tego?

Nie chcielibyśmy skończyć jak stocznia.

Dlaczego zdecydowaliście się na związek akurat w Inicjatywie Pracowniczej?

Myślę, że w dużej części to są, nie wiem jak to dokładnie powiedzieć, kolega kiedyś użył takiego pojęcia: anarchiści przez małe „a”, w takim sensie, że to anarchiści bez organizacji, ludzie, którzy mają jakieś tendencje, tylko że nie było okazji, aby się zebrać w czasie. Także w dużej mierze ten zaciąg, te pierwsze osoby, mają nastawienie wolnościowe i to jest po drodze nam w ogóle. A myślę, że jak związek obrośnie w siłę, bo na razie to jest mała komisja, to będziemy – że tak powiem – tyć, powiększać się.

Jeden z waszych pomysłów na działanie to przedszkole na kampusie. Jak to ma wyglądać?

Chodzi o wspólne spędzanie czasu, bawienie się. Ale też odwiedzanie wydziałów. Mamy nadzieję, że będziemy mieć ten pokój związkowy, który będziemy wykorzystywać nie do pracy związku, tylko do tego, żeby zagotować sobie coś i zrobić coś ciepłego dzieciakom, albo żeby mieć jakieś miejsce, gdzie można coś zostawić. Właśnie do tego potrzebny jest nam pokój. Z drugiej strony, większość z nas ma swoje gabinety. Ale potrzebujemy miejsca otwartego dla dzieci. A reszta to jest zabawa na kampusie. Kampus jest dość specyficzny, każdy wydział jest bardzo interesujący, mamy wręcz niesamowity wydział biologii, stale się rozbudowuje i jest po prostu jak wielki plac zabaw: tam są szkielety i różne gry, i mrówki, ptaki, rybki.

Dlaczego przedszkole?

Jeżeli uda nam się ruszyć z naszym projektem przedszkola, to będziemy widoczni codziennie na kampusie. To też jest wykorzystywanie pewnej luki w reformach odgórnych szkolnictwa w ogóle. Bo Unia czy Komisja Europejska mówiła o uczeniu się przez całe życie, no i kiedy mówimy „uczenie się przez całe życie”, to mamy na myśli, że teraz to osoby starsze przyjdą na uniwersytet. Ale dlaczego nie włączyć w to również najmłodszych? To odwrócenie pewnej logiki – dzieci na uniwersytecie. Myślę, że te dzieci zrobią furorę, jeżeli się zbiorą i jeżeli przetrwamy zimę. Wszyscy jesteśmy pozamykani w swoich dziedzinach, nawet wewnątrz nich jesteśmy pozamykani w specjalizacjach, którym jesteśmy w stanie poświęcić każdą wolną chwilę i sam fakt pojawienia się dzieci sprawi, że bardziej otworzymy się na nasze wspólne sprawy uczelni. Dzieci wytrychem rewolucji. Wciąż jesteśmy na etapie organizacji tego małej przewrotu. Napływowi zdeterminowanych rodziców sprzyja spodziewany w 2016 roku brak miejsc dla 3-latków w przedszkolach. Jednak rozwiewanie wątpliwości i planowanie szczegółów zajmuje nam niestety więcej czasu niż się spodziewaliśmy.

Jakie wnioski z dotychczasowych działań komisji? Co się udało, a co nie? Plany na przyszłość?

Życie uczelniane toczy się powoli i my powoli rośniemy w siłę. Największym wyzwaniem dla nas jest wewnętrzna organizacja pracy związkowej, ponieważ na ogół nie lubimy spotkań, bo z nich składa się spora część naszej codziennej pracy. Poza tym praca związkowa to w dużej mierze praca administracyjna, której nie lubimy jeszcze bardziej niż spotkań. Udaje nam się korespondować z pracodawcą m.in. w sprawie szczegółowych informacji dotyczących warunków zatrudnienia w firmach zewnętrznych. Doprowadzimy do powstania jakiejś formy opieki nad dziećmi. Włączymy doktorantów i studentów do związku i wspierać będziemy ich badania dotyczące pracy związkowej, szczególnie jej radykalnych przejawów. Wspólnie z innymi organizacjami zastanawiamy się, jak pomóc uzwiązkawiać migrantów pracujących w regionie. Uniwersytet jest takim naturalnym miejscem spotkań ludzi mobilnych, także schronieniem i sposobem podnoszenia statusu przez studiowanie. Na listopad planujemy konferencję w celu wymiany doświadczeń i pomysłów na działania związku na uniwersytetach.•

10 czerwca roku 2015 przedstawiciele środowiska akedemickiego protestowali w Czarnej Procesji Nauki. W demonstracji uczestniczyli ubrani na czarno pracownicy uniwersytetów, studenci, doktoranci, pracownicy IBL PAN oraz innych ośrodków uniwersyteckich z całej Polski. Biurokracja, destrukcja placówek badawczych, likwidacja ośrodków w mniejszych miastach, patologie systemu grantowego i destabilizacja stosunków zatrudnienia to niektóre wymienianych zarzutów, które zgromadzenie skierowało do Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz do Rządu. Głównym organizatorem Czarnej Procesji Nauki był Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej


wywiad ukazał się w: Biuletyn Inicjatywa Pracownicza numer 45, pobierz darmowy PDF